ARCHIWUM
Nowego Przeglądu Wszechpolskiego

Urszula Szaran

 

Oświata, Kultura, Wychowanie

 

Zbigniew Załuski – komunista?  Część I

 

NPW 5-6, 2002

 

 

Do napisania tego istotnego przypomnienia skłoniła mnie niedawna lektura książki Zbigniewa Załuskiego Siedem polskich grzechów głównych. Choć rzecz to nienowa, jednak problemy w niej poruszane są nadal w naszym życiu obecne, nadal aktualne, i trudno przejść wobec nich obojętnie.

 

Książka, najogólniej rzecz ujmując, jest obroną naszej historii przed różnymi fałszerzami – kpiarzami, którzy chcieliby w niej widzieć pasmo nieodpowiedzialnych, pochopnych decyzji i wynikających z nich lawin klęsk, katastrof, zbędnych ofiar i śmierci. Gdyby dzisiaj zapytać: z jakimi cechami kojarzy się nam samym  Polak,  to zapewne wielu odpowiedziałoby, że z ułańską fantazją, z pijaństwem, z lekkomyślnością, z „raptownym”( czytaj: nieobliczalnym) charakterem. Na Zachodzie Europy zaś, panuje o nas powszechna opinia jako o narodzie rozpijaczonych złodziei, a my z tą opinią przeważnie się zgadzamy, tak jakby za Odrą rozpościerała się oaza spokoju, porządku i miłości. Obraz Polaka-Sarmaty z szabelką u boku, skorego zawsze do walki czy bijatyki nie powstał wszakże ot, tak sobie, z niczego. Obraz ten „zawdzięczamy” fałszywemu czy też uproszczonemu przedstawianiu historycznych faktów i ludzi z naszych skomplikowanych dziejów, a przecież powtarzanie w nieskończoność jakiejś tezy może w końcu zacząć funkcjonować jako prawda.

 

Siedem polskich grzechów to odpowiedź na kpiny z naszej historii, prezentowane masowemu odbiorcy na łamach prasy, książek, w filmach, na przedstawianie jej jako ciągu  niezbyt szczęśliwych wydarzeń, którym – gdyby nie polska skłonność do fantazjowania, do romantyzmu – można było zapobiec. Książka Załuskiego to protest przeciwko wmawianiu Polakom, a szczególnie młodemu pokoleniu, że takie cnoty, jak męstwo, odwaga, gotowość oddania życia za ojczyznę są zbędne,  wręcz śmieszne. Zbiór szkiców Załuskiego jest  wspaniałą lekcją patriotyzmu, a tych nigdy dość.

 

Adwersarzami Załuskiego są znani nam bardzo dobrze i dzisiaj publicyści, m.in. Stefan Bratkowski, Krzysztof Teodor Toepliz, Kazimierz Koźniewski,  Zygmunt Kałużyński, którzy pisali na łamach takich pism, jak „Polityka”, „Przekrój”, „Szpilki”, „Życie Warszawy” czy „Przegląd Kulturalny”. Załuski nie pomija także  twórców tzw. polskiej szkoły filmowej, m.in. Andrzeja Wajdy i Andrzeja Munka. Oni to, chcąc za wszelką cenę zwalczyć nierozsądny, lekkomyślny charakter Polaków, udowodniony według nich licznymi wydarzeniami z naszej przeszłości,  rozpoczęli na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych batalię przeciwko wychowywaniu narodu w duchu szacunku do historii i kulcie bohaterów, ginących za ojczyznę na przestrzeni ostatnich dwustu lat. Filmy Wajdy Kanał, Popiół i diament, Lotna czy Munka  Eroica i  Zezowate szczęście, odwołujące się do czasów II wojny światowej, miały raz na zawsze skończyć z hołdem dla żołnierzy oddających życie za ojczyznę. Dla reżyserów był to zabieg bardzo prosty: przezwali ich postawę bohaterszczyzną, a nie żadnym tam bohaterstwem, i rozpoczęli kampanię na rzecz zdrowego rozsądku, którego komu jak komu, ale Polakom na pewno nie zbywa. Na dowód tego, jak bezsensowne działania mogą podejmować Polacy,  reżyser ukazuje w Lotnej szarżę ułanów na niemieckie czołgi. Odpowiedzi na pytanie dlaczego Wajda w swoich filmach przedstawiał bohaterów wojennych jako symbol „polskiej głupoty”, z którą trzeba coś zrobić, możemy się doszukać po latach w jednym z wywiadów, jakiego udzielił już jako oscarowy twórca. Wyznał w nim, że gdy przypomniał sobie  przysięgę, którą składał jako żołnierz AK, uzmysłowił sobie, jakież to było szaleństwo i nieodpowiedzialność! (Można sobie dośpiewać, że nic dziwnego, skoro to pokolenie wychowało się w duchu służby ojczyźnie - trzeba tego ducha zabić). Inni przywoływali chodzenie z kosami na armaty  czy z dubeltówkami na karabiny. Wszystko jako świadectwo  naszej narodowej głupoty, bo czy można w tych zestawieniach znaleźć coś rozsądnego?! Chociaż te  opinie z rzeczywistością historyczną nic wspólnego nie mają, to jednak w świadomości ludzi funkcjonują jako prawda. Czy i dzisiaj Wrzesień 1939 roku nie kojarzy się wielu osobom z szarżowaniem z lancami na czołgi? Obraz stworzony przez Wajdę w Lotnej miał niby  symbolizować determinację polskich żołnierzy, a w efekcie stworzył wyśmiewanego w kinach  wariata. Co miał symbolizować niejaki Piszczyk ze swoim pechem, doprawdy trudno powiedzieć; boleć może jedynie fakt, że niektórzy film ten uważają za świetną komedię. Zestawienie kosy z armatą z miejsca budzi śmiech, lub uśmiech przynajmniej, i kojarzy się od razu z brakiem wyobraźni. A przecież rola kosynierów była zupełnie inna.

 

Przeciwko takiemu zakłamaniu historii, kpieniu z odwagi, tworzeniu fałszywych skojarzeń u czytelników czy widzów jest książka Załuskiego. Tytułowe siedem grzechów to siedem typów wydarzeń w naszej historii, które służyły w czasach, gdy pisał o nich Załuski, a i dzisiaj służą do szydzenia z bohaterstwa, z męstwa, z umiejętności poświęcania życia dla Polski, do szydzenia wreszcie z Polaków, którzy jakoby nic nie umieją robić, tylko walczyć, bo to przecież nieudacznicy z natury, nie umiejący pracować, myśleć i tworzyć. Umieją tylko bić się i to także bezmyślnie. Bezmyślnie, bo walki, które ciągle podejmowali na przestrzeni ostatnich 200 lat, w konsekwencji nigdy do zwycięstwa nie doprowadziły.

 

Atak kosynierów pod Racławicami, wybuch Powstania Styczniowego, szarża Polaków pod Somosierrą, wojna obronna 1939 roku, obrona Warszawy podczas Powstania Listopadowego, Westerplatte i wreszcie śmierć ks. J. Poniatowskiego to „grzechy główne Polaków, historyczne wykroczenia przeciw zdrowemu rozsądkowi”, przywołane przez autora w jego książce. Załuski każde z tych wydarzeń analizuje i obala fałszywe o nich opinie. Rzecz znamienna, że Załuski udowadnia to wszystko, korzystając z ogólnie dostępnych  opracowań historycznych, jednym słowem żadnej przysłowiowej Ameryki nie odkrywa. Wydarzenia te są swoistymi symbolami. Załuski przypomina, że nasza historia, choć trudna i krwawa, wcale nie była durna, nie wyróżniała się nigdy jakąś „psychiatryczną wyjątkowością” na tle danej epoki czy na tle historii innych narodów. Natomiast przedstawianie jej jako pasma niedorzecznych klęsk czy szydzenie z podejmowanej walki, nawet nieudanej, lecz przecież podejmowanej w słusznej sprawie,  niczemu dobremu nie służy. Kpiny przezywające poniesioną ofiarę „ofiarnictwem”, a bohaterstwo „bohaterszczyzną” prowadzą po prostu do tego, że wszyscy, a szczególnie ludzie młodzi, kpią sobie z takich ideałów, jak poświęcenie, bohaterstwo, bezinteresowność. Wiedział o tym doskonale już ładnych parę lat temu Pan Załuski, wiemy i my z obserwacji otaczającej nas rzeczywistości.

 

Czas chyba najwyższy, aby przybliżyć bardziej sylwetkę samego autora. Kim był   ten niezrównany obrońca naszej historii? Zbigniew Załuski to dzisiaj już świętej pamięci pułkownik LWP. W czasie wojny prawdopodobnie deportowany był w głąb ZSRR. Powrócił do kraju w szeregach I Armii, brał udział w walkach z UPA, od 1969 r.  był posłem na Sejm. Publikował m.in. na łamach „Argumentów” „Wojska Polskiego”. Oprócz Siedmiu polskich grzechów napisał  Czterdziesty czwarty, Przepustkę do historii, Drogi do pewności”, Ziarna na okopach, Finał 1945. Chociaż jego publicystyka, a zwłaszcza wznawiane kilkakrotnie Siedem polskich grzechów odbiły się swego czasu szerokim echem w prasie i sprowokowały trwającą kilka dobrych lat dyskusję, w ogólnie dostępnych dzisiaj opracowaniach, nie ma ani śladu o popularności, jaką cieszyła się jego twórczość. Za tak piękną obronę historii i przypominanie o jej wielkiej sile moralnej, o wielkim znaczeniu wychowawczym doczekał się w notce biograficznej wzmianki, że historia służyła mu do szerzenia  „komunistycznej propagandy”. W tym kontekście nie dziwi więc chyba fakt, że jest autorem zapomnianym lub – jak sądzę – mojemu pokoleniu  zupełnie nieznanym. Pisał Załuski wiele o zgubnym wpływie fałszowania historii, pisał wiele o fałszywych mitach, dzisiaj sam jest już częścią historii i ofiarą nowego mitu, narzuconego nam schematu myślenia o czasach PRL.  Dla wielu sam fakt, że ktoś o Załuskim napisał, iż był „apologetą socjalizmu” i Polski Ludowej, będzie wszakże wystarczającym argumentem, aby do jego książki nie zajrzeć bo co ciekawego mógł mieć do powiedzenia w tych szarych czasach jakiś pułkownik? Jak to jest, że adwersarze Załuskiego  także  i dzisiaj znani, niejednokrotnie są szanowanymi publicystami, o powszechnej „wajdomanii” nie wspomnę, a Załuski nieobecny, zapomniany, przeklęty? Linia podziału jednak nie przebiega między ludźmi związanymi z partią, lub  nie. Nie w tym tkwi „sedno sprawy”, że Załuski był pułkownikiem LWP czy partyjnym działaczem. Piewcy nie tylko Polski Ludowej, lecz najgorszych lat stalinizmu są ciągle obecni na pierwszych stronach gazet, ba, nie można przejść bez nabożeństwa nad ich twórczością czy poglądami. Nie o przynależność partyjną tu chodzi. Nie w smak są  poglądy Załuskiego, nie w smak to, co pisze, więc najwygodniej zbyć wszystko milczeniem, zaś bardziej dociekliwych usadzić – przecież to partyjny beton! Z całą pewnością poglądy pułkownika Załuskiego  i on sam nie mieszczą się w ogłaszanych przez „Wyborczą” listach,  kto był w PRL–u patriotą, a kto nim nie był, komu wybaczyć „romans” z władzą ludową, a komu nie. Pisano wiele o białych plamach historii najnowszej, odkrywano je, „odkłamywano”. Chyba czas najwyższy, aby zacząć pisać o plamach szarych, tłustych, i to  nie tylko dlatego, że kryją się pod nimi jakieś mętne postaci i fakty, ale dlatego, że są to zabrudzenia celowe, aby pod nimi zohydzić narodowi jego własną chwalebną historię. Załuski i jego twórczość do takich plam się zalicza. Dzisiejszym globalistom i światłym europejczykom, wczorajszym KOR–owcom, a przedwczorajszym harcerzykom UB, którzy ogłosili się wszem i wobec „demokratyczną opozycją PRL-u”, nie podoba się, że pułkownik Załuski tak pięknie umie mówić o patriotyzmie, o obowiązku służenia  własnemu narodowi; wymazali go więc z pamięci ludzi żyjących, aby młodsze pokolenie nie mogło zapoznać się z jego twórczością. Taki i tylko taki jest cel pracy tchórzy, podlizywaczy i dziennikarskich prostytutek. To oni na „wolnym rynku” postawili stragan, oni bez sumienia i żenady sprzedają narodowi kłamstwo.

 

Wspomniałam na początku, że kłamstwa ujawnione przez Załuskiego nie straciły na aktualności, przede wszystkim dlatego, że książka jest wspaniałą lekcją patriotyzmu dla wszystkich! Dla tych zakompleksionych z powodu naszej historii, jak i dla poszukujących pokrzepienia gdy już doprawdy trudno wytrzymać, wysłuchując  wszystkich kłamstw o Polakach–mordercach. Warto uzmysłowić sobie mechanizm fałszowania historii. W końcu nie traci na ważności przewijający się u Załuskiego wątek wychowawczej  roli naszej przeszłości. Pułkownik sprzeciwia się słusznie  szydzeniu z bohaterstwa, bo ideał bohatera jest potrzebny także w czasie pokoju. Bohaterstwo nie przejawia się tylko gotowością do walki z bronią w ręku, ale i uczciwą pracą dla Polski. Prawie 40 lat temu Koźniewski utyskiwał: [...]w naszym polskim społeczeństwie niestety ciągle pilną sprawą jest dyskusja z nadmiernie romantyczną postawą wobec życia i historii. Nadmiernie romantyczną tzn. nadmiernie uczuciową, a zbyt mało rozumową, nadmiernie honorową, a zbyt mało wyrachowaną. Zaś Załuski przestrzegał, że zamiana honoru na wyrachowanie już jest widoczna np. w bierności otoczenia na przejawy chuligaństwa wobec starszych czy słabszych, widziane na ulicach, w tramwajach, na klatkach schodowych. Dzisiaj Pan Koźniewski powinien być przeszczęśliwy – wyrachowanie społeczeństwa sięgnęło zenitu, chamstwo i zbrodnia są powszechne, stają się udziałem coraz młodszych ludzi. Coraz bardziej oczywiste staje się przekonanie, że nic na to nie można poradzić. Wiemy za to,  komu można za tę mało „romantyczną postawę wobec życia” podziękować. Gdy już znaleźliśmy się w takiej matni, warto chyba przypomnieć za płk. Załuskim, że życie bez ideałów, marzeń, bohaterstwa, bez chęci „wychylania się” staje się wegetacją. Warto przypomnieć Siedem polskich grzechów jako przykład, że ofiara i bohaterstwo to wcale nie głupota i lekkomyślność, nie zbędna ofiara, która żadnego pożytku nikomu nie przynosi.

 

Rozpoczęta pół wieku temu kampania wyśmiewania się z naszej historii, z niepodległościowej tradycji owocuje dzisiaj stokrotnie, bo doprowadziła do jej swoistego „zohydzenia”. Dzisiaj nikogo już nie pasjonują dyskusje o  księciu Józefie, o tym, czy miał słuszność walcząc u boku Napoleona. Historia stała się nużąca i nudna, jest więc w naszym życiu nieobecna. Powiem więcej, kampania ta procentuje dzisiaj tym, że pan Gross – którego rodzina „cudem” uratowała się w czasie wojny – z okazji promocji swojej książki w telewizji, mógł powiedzieć, że Sąsiedzi są szansą na nową historię Polski. Będziemy w niej narodem zdrajców i kolaborantów. Kiedyś apelowano o zaprzestanie podtrzymywania kultu bohaterów, dzisiaj już można powiedzieć, że żadnych bohaterów nie było!

 

 Po lekturze wspomnianej książki Grossa, pozwolę sobie skłonić głowę nad tą  nie starą, nie nową, lecz rzeczywistą historią Polski i przypomnieć jeszcze raz tych siedem wydarzeń, które ciągle jeszcze funkcjonują w naszej świadomości jako nieodpowiedzialne i nieprzemyślane wyprawy „z motyką na księżyc”. Czas, abyśmy przypomnieli sobie, że w życiu dużo zależy od tej romantycznej postawy,  którą tak chętnie się wyszydza.  Czas, aby oduczyć się myślenia według narzucanych, przez media, czy kino, gotowych schematów, o tym, kto był porządnym Polakiem, a kto nie, kto był patriotą,  kto konformistą, kto zdrajcą, co było tchórzostwem, a co bohaterstwem. Mam nadzieję, że  siedem polskich grzechów i ich ponowne przypomnienie pomoże  oceniać prawdziwie nie tylko historię bardzo odległą ale i tę najnowszą.

 

*

 

Na początek serii polskich wykroczeń przeciwko zdrowemu rozsądkowi – grzechy piesze. Grzech pierwszy: z kosami na harmat; grzech drugi: z dubeltówkami na karabiny. Pierwszy dotyczy udziału kosynierów w bitwie pod Racławicami, drugi zaś stanu uzbrojenia powstańców z 1863 r. w chwili wzniecania przez nich akcji zbrojnej. Sformułowania te zaczerpnął Załuski z recenzji filmowej J. A. Szczepańskiego, napisanej po Lotnej. Pisał recenzent swoje refleksje o filmie Wajdy, i nie tylko... „Koń przeciw czołgom – to nie miało sensu, jak nie miała sensu kosa przeciwko harmacie, a dubeltówka przeciw karabinom”.

 

Zestawienie kosy z armatą budzi u czytelnika z miejsca skojarzenia o beznadziejnej sytuacji, ośmiesza uzbrojenie powstańców i sugeruje głupotę podejmowania walki z lepiej uzbrojonym, silniejszym przeciwnikiem. Barwna i błyskotliwa metafora działa na wyobraźnię, jednak, co podkreśla Załuski, podpowiada realia nam współczesne, a nie liczy się z historyczną prawdą. Mamy więc przed oczami obrazek: chłop z przerzuconą przez ramię kosą, a naprzeciwko armata lub raczej działo, np. z czasów II wojny,  znane choćby z kina, czy telewizji. Taka wizja to faktycznie walka z wiatrakami. Na dowód tego, że rozkaz szturmu kosynierów na rosyjskie baterie nie był bezsensownym Załuski wyliczył dokładnie,  ile czasu i ilu ludziom zajmowało „obsłużenie” osiemnastowiecznej armaty (z takimi przecież mieli do czynienia kosynierzy). Faktem jest, że kosy jako uzbrojenie powstańców wynikało z konieczności posiadania przez nich jakiejś broni, nie oznacza to jeszcze, że broń ta była nieskuteczna, a udział formacji kosynierów w walce, był skutkiem  lekkomyślności, czy nadmiernej fantazji lub – jak kto woli – romantycznej natury Kościuszki. Raczej świadczył o jego rozwadze i talencie żołnierza, wodza i stratega. Jedyną szansę  na  powodzenie walki zbrojnej widział on w pospolitym ruszeniu całego narodu, a nie tylko jego warstw uprzywilejowanych. Zdawał sobie doskonale sprawę, że niewyszkolonych, niezaprawionych w boju i nieuzbrojonych w broń palną żołnierzy – kosynierów nie może „użyć” do walki w tradycyjny sposób, „stawiając” ich naprzeciw dobrze uzbrojonej i wyszkolonej, regularnej armii. Na uderzenie kosynierów pod Racławicami zdecydował się Kościuszko w ostatniej fazie bitwy. Gdy szala zwycięstwa przechylała się na stronę wojsk gen. Tormasowa, a od strony Warszawy nadciągały posiłki dowodzone przez Denisowa, uznał, że sytuację może uratować zdobycie artylerii wroga. Atak 320-osobowej kolumny chłopów – kosynierów, wzmocniony oddziałami piechoty, Naczelnik prowadził osobiście,  a o  powodzeniu akcji zadecydowała szybkość działania  i zaskoczenie wroga. Chłopi, przez całą bitwę skryci w wąwozie, byli dla Rosjan niewidoczni. Nagle wyłonili się z parowu. Artyleria rosyjska zdążyła oddać jedną, najwyżej dwie salwy i umilkła, zaskoczona brawurowym atakiem. Doświadczenia zdobyte w bitwie zostały upowszechnione w wydanym przez Piotra Aignera specjalnym regulaminie Krótka nauka o kosach i pikach, konsultowanym podobno z Kościuszką, w którym zawarty był, obok zasad prawidłowego posługiwania się bronią, opis jak powinien wyglądać skuteczny atak żołnierzy w nią wyposażonych: Korpusy pikinierów, pod osłonął bateriów artyleri, poprzedzone wyborem strzelców będą na kształt piorunów okrytych chmurami kurzawy ognia i dymu uderzać na nieprzyjaciela niepostrzeżenie bić go będą. Też korpusy biegnąc wielkim pędem na nieprzyjaciela, zawsze małymi frontami uniknął razów, na które rozwinięte bataliony są wystawione.

 

Technika walki zastosowana przez Kościuszkę, a więc szturm na jeden punkt frontu wroga, była w owym czasie innowacją. Historycy wojskowości zastanawiali się, czy stosując ją, wzorował się on na rewolucyjnej armii Francji, bo rzeczywiście tuż przed Insurekcją Naczelnik tam przebywał szukając bezskutecznie poparcia i gwarancji pomocy. Wątpliwe  jednak, aby był świadkiem jakiejś bitwy.  Analogie  do działań armii francuskiej w owym czasie, wprowadzanych przez Carnota, jej reformatora w latach 1793-1795, wynikały zapewne z podobnego uzbrojenia  powstańców i rewolucjonistów.

 

Racławice były pierwszym spotkaniem z wrogiem i pierwszym zwycięstwem po wyjściu z Krakowa, gdzie 24 marca 1794 r. na Rynku składał Kościuszko przysięgę całemu narodowi, rozpoczynając Insurekcję. Miały więc ogromne znaczenie moralne, zaś zwycięstwo odniesione dzięki chłopom stało się symbolem, że Naczelnik jako wódz państwa po raz pierwszy w jego dziejach jest rzeczywiście przywódcą całego narodu. Można się dzisiaj zastanawiać, po co wyśmiewać się z faktów, z decyzji dowódców, które bezsensowne nie były,  wręcz przeciwnie – przyniosły zwycięstwo. Faktycznie, barwna i działająca na wyobraźnię metafora ładnie, błyskotliwie brzmi, ale nie mając nic wspólnego z historyczną rzeczywistością, z tym, jak było naprawdę, może jedynie szkodzić.

 

Przywoływane przez Załuskiego kpiny nie były wcale pierwsze i nie są czymś nowym. Zaraz po przegranej bitwie zły i próbujący usprawiedliwić to pierwsze niepowodzenie rosyjskiego wojska ambasador Ingelstróm pisał z pogardą o przebiegu bitwy i udziale w niej chłopów – kosynierów w swym raporcie dla Repnina: Sam Kościuszko przewodniczył zgromadzonemu na to miejsce wojsuk i różnej chałastrze uzbrojonej w dzidy i topory, a prowadzonej do boju na wzór pijanych. Czy tutaj późniejsi kpiarze szukali natchnienia?! Jednak nie zawsze w przeszłości racławickie zwycięstwo było natchnieniem dla kpin i żartów. Czy spęd chałastry widzieli pod Krakowem twórcy Panoramy Racławickiej, przygotowanej na stulecie wojny? Czy powstałoby kiedykolwiek to wspaniałe, unikatowe dzieło, gdyby natchnieniem artystów były kpiny i szyderstwo, a nie chęć uczczenia i przypomnienia zwycięstwa? Gdy podziwia się  obraz Mistrza Jana Kościuszko pod Racławicami, nie ma nic groteskowego ani w postaci Naczelnika, ani w dumnym bohaterze tego dnia – Bartoszu Głowackim, i nie wyglądają na żadną chałastrę zgromadzeni wokół nich podkrakowscy chłopi. Czasy jednak nastały takie, że harmonia i piękno w sztuce jest bardzo niemodne – ustępują „instalacjom” prezentowanym choćby w Zachęcie (a szumu przy nich tyle, chociaż nawet jeden procent wytworów tam zgromadzonych nie zasługuje na cień zainteresowania).

 

*

 

Podobnie jak nie odpowiadały rzeczywistości kpiny z kos „wysyłanych” na armaty, tak nieprawdziwe jest założenie, że uzbrojeni w dubeltówki powstańcy  1863 r. mieli gorszą broń od uzbrojonych w karabiny Rosjan. Grzech drugi: z dubeltówkami na karabiny! Załuski opisał tutaj sprawność działania ówczesnych rosyjskich karabinów, jakimi dysponowała armia rosyjska, i skuteczność rażenia broni myśliwskiej (dubeltówek), będącej do dyspozycji Polaków. Gwoli ścisłości należy dodać, że w dalszym okresie walki, Polacy byli uzbrojeni  w broń zakupioną w Anglii, Belgii i Austrii – nowoczesną i znacznie przewyższającą technicznie broń zaborców. Nie ma potrzeby przytaczać w tym miejscu szczegółowych wywodów o szybkostrzelności uzbrojenia.  W przypadku obu grzechów, kryje się nie tyle utyskiwanie na naszą bujną narodową wyobraźnię, podpowiadającą szalone pomysły używania kos na armaty czy dubeltówek  przeciwko karabinom, ile krytyka powstańczego czynu w ogóle.  Faktem jest, że Insurekcja Kościuszkowska była spontaniczną obroną niepodległości, a wybuch Powstania Styczniowego był nieprzemyślany. Załuski jest bezwzględnym przeciwnikiem jakiejkolwiek krytyki powstań, a źródeł różnorakich „nagonek” na nie upatruje w działalności historyków szkoły krakowskiej, odnoszącej się zawsze sceptycznie do czynu zbrojnego. Rzeczywiście Powstanie Styczniowe miało fatalnych przywódców, było źle przygotowane. Kłótnie i „przepychanki” między obozem „białych” i „czerwonych”, spowodowały daninę krwi, przelaną przez ludzi najwartościowszych, którzy mogliby jeszcze długo służyć ojczyźnie, nie można jednak podsumować ich ofiary prostym stwierdzeniem, że była to danina niepotrzebna. Krytyka powstania nie może skupiać się na jego bohaterach - czynnie w nim uczestniczących żołnierzach, którzy w czasie działań polegli lub po ich zakończeniu byli represjonowani. Czy nie jest czasem tak, że za błędy i nieodpowiedzialność polityków, cięgi od potomnych zbierają Bogu ducha winni żołnierze. Na problem ten zwracał  uwagę także Aleksander Bocheński, którego książka Dzieje głupoty w Polsce, jest często swego rodzaju biblią krytyków powstań.  Podkreślał on niejednokrotnie, że  wszystko, co pisał krytycznego w swojej książce, dotyczy tylko polityków, i przypominał, że są istotne różnice między obowiązkami polityka i wodza, a oficera i żołnierza. Sam Bocheński, chociażby na łamach „Kierunków”, dużo pisał w obronie kultu dla patriotyzmu i poświęcania się dla ojczyzny. Na koniec refleksji o Powstaniu Styczniowym warto chyba przypomnieć, że jego niepodważalnym osiągnięciem było uwłaszczenie chłopów. Chociaż często przypisuje się je dobrotliwości cara, to przecież carskie ukazy uwłaszczeniowe były powtórzeniem ogłoszonych dekretów powstańczych.

 

Dzisiaj  Zbigniew Załuski to piewca socjalizmu, a jego książka napisana została po to aby udowodnić słuszność tego ustroju. W czasie gdy została wydana, chór przeciwników, ustami pana Koźniewskiego alarmował, że to, co autor zawarł w Siedmiu polskich grzechach, prowadzi do szowinistycznego i nacjonalistycznego wychowania. Cóż to za szowinista może wyrosnąć z młodego człowieka, któremu za wzór do naśladowania, niekoniecznie na ciężkie czasy niewoli, ale i wolności, pokazuje się innych młodych Polaków, walczących u boku Napoleona czy broniących polskich granic we wrześniu 1939 r. Zobaczmy grzechy następne, kawaleryjskie: z szablami na baterie i z lancami na czołgi.

 

*

 

Somosierra była symbolem czynów niemożliwych i budziła respekt w całej Europie, z czasem stała się symbolem naszego narodowego problemu, roztrząsanego i dzisiaj (chociażby przy okazji ekranizacji Przedwiośnia), jak to Polacy umieją się pięknie bić, a nie umieją pracować. Zaczęto więc walczyć z wychowywaniem „w duchu Somosierry”. „Kozietulszczyzną” (od nazwiska szefa szwadronu prowadzącego słynną szarżę, nazwano gotowość walki dla odzyskania niepodległej ojczyzny. Nie ma jednak w tym określeniu niczego pozytywnego. „Kozietulszczyzna” to odwieczna chęć różnych leni i wałkoni  do machania szabelką, bo jak pisał znany i dzisiaj, pożal się Boże, „romantyk walczący o pozytywistyczną postawę w życiu” -  S. Bratkowski „...co te bohaterskie niedouki jak Kozietulski mogłyby zrobić dla kraju - w kraju?” Jakże łatwo podsumować czyjeś życie! Jakie było faktycznie, możemy się dowiedzieć z kronikarskiego zapisu Mariana Brandysa. W swojej książce Kozietulski i inni daje on barwny opis epoki napoleońskiej i ludzi ją tworzących. Wyłania się z niej życie ludzi uwikłanych w historię, których wybory zdeterminowane są chęcią walki o odzyskanie niepodległości Polski. Dziś patetycznie brzmią te powielane szczytne hasła o bohaterskiej postawie wobec cierpiącej ojczyzny ale czy nie są one godnym wzorem do naśladowania dla współczesnych młodzieńców? Żołnierska służba dla ojczyzny nie oznacza wcale przyjścia na świat z jakimś szczególnym piętnem bohaterstwa i koniecznością poświęcania swojego życia „dla sprawy”, tak naprawdę bohaterem nikt się nie rodzi, lecz zostaje nim dzięki życiowym wyborom i decyzjom podejmowanym w konkretnej sytuacji.

 

Po rozbiorach Polacy z utratą niepodległości oczywiście się nie pogodzili, w kręgach polityków i przywódców wojskowych zaczęły się rozliczenia, wzajemne oskarżenia i zastanowienia: co dalej? Różne też były idee, jak najlepiej przysłużyć się ojczyźnie, aby odzyskać niepodległość. Sukcesy Napoleona i ideologia rewolucji francuskiej odbijały się echem w stolicy, we Włoszech powstały Legiony, we Francji spotykali się polityczni emigranci. Jedni łączyli szansę odzyskania niepodległości z Napoleonem, inni z Rosją. Wśród wielu inicjatyw, klubów, koterii powstało w Warszawie Towarzystwo Przyjaciół Ojczyzny,  którego prezesem był młody szlachcic – Wincenty Krasiński (skoligacony przez małżeńastwo z ostatnim marszałkiem Sejmu Wielkiego – Stanisławem Małachowskim).  Skupiona wokół  Krasińskiego młodzież czas spędzała na spotkaniach, dyskusjach, w teatrze, na balach, popisach konnej jazdy, ale także i na pojedynkach... Tutaj poznają się Kozietulski i jego towarzysze z późniejszego pułku szwoleżerów. Są młodymi ludźmi kochającymi życie, mają swoje wady i słabości, głowy pełne marzeń i planów oraz zapewne niecierpliwe charaktery, typowe dla młodego wieku w każdej epoce. Kiedy zimą 1806 r. przybył do Warszawy  Napoleon, Polacy z nadzieją patrzyli w przyszłość, rodziła się namiastka Polski. Zabiegi ambitnego Wincentego Krasńskiego sprawiły, że z kręgów Towarzystwa Przyjaciół Ojczyzny została utworzona Gwardia Honorowa Polska, jako przyboczna świta cesarza, jej komendantem został jednak nie Krasiński, ale Tadeusz Tyszkiewicz, zaś podkomendantami – Jan Kozietulski i Tomasz Łubieński.

 

Gwardia towarzyszyła cesarzowi w jego codziennych przejażdżkach po Warszawie, a gdy tuż przed Bożym Narodzeniem wyjechał ze stolicy, aby stoczyć bitwę ze zgromadzonymi w okolicach Pułtuska wojskami prusko-rosyjskimi, część Gwardii wyruszyła wraz z nim. Za miesiąc wzięli udział w najkrwawszej z dotychczasowych bitew, pod Pruską Iławą. Już wtedy kronikarze wydarzeń wspominali o odwadze młodych Polaków. 6 kwietnia 1807 r. w kwaterze głównej w Finckenstein Napoleon podpisał dekret o powołaniu Pułku Lekkokonnego Polskiego Gwardii Cesarskiej. Większość kadry oficerskiej stanowili młodzi ludzie, związani wcześniej z Towarzystwem, jego dowódcą został tym razem Krasiński, a szefami szwadronów Łubieński i Kozietulski. Odtąd życie szwoleżerów związane będzie z politycznymi ambicjami „boga wojny”. Pułk miał charakter jednostki elitarnej, w zamyśle cesarza miał być złożony z ludzi, którzy wychowaniem swoim przedstawiliby, wystarczającą rękojmię moralności. Ochotników przyjmowano na podstawie „posiadania”, zgodnie z dekretem, że przypuszczonym do korpusu może być tylko właściciel lub syn właściciela, aby każdy szwoleżer mógł wyekwipować się na własny koszt.

 

W połowie czerwca pierwszy szwadron gotowy był do wymarszu na front, nie zdążył już jednak wziąć udziału w decydujących o dalszym losie Polski działaniach zbrojnych. W momencie, kiedy szwoleżerowie opuszczali Warszawę, wynik „wojny polskiej” (jak niechętnie o niej mówili Francuzi) był już rozstrzygnięty bo 14 czerwca rozegrała się zwycięska  bitwa pod Frydlandem, a zawarty po niej, traktat pokojowy w Tylży ustanawiał Księstwo Warszawskie. I wtedy przyszło pierwsze rozczarowanie co do cesarza i jego stosunku do Polski, ale nic jeszcze nie było stracone. szwoleżerowie jak i cały naród trwali wiernie przy Napoleonie. Ostatni szwadron szwoleżerów pod dowództwem Jana Kozietulskiego opuścił Warszawę 18 września. Młodzi żołnierze zostawiali swoje rodziny, pierwsze miłości i wszystkie uroki młodzieńczego wieku z wiarą, że służba przy boku cesarza przyczyni się do odbudowy wolnej ojczyzny. Wyruszali za cesarzem, by już wkrótce wziąć udział w hiszpańskiej wojnie. Czekał ich trud żołnierskiego życia. Nie raz i nie dwa zajrzy im w oczy śmierć, dokuczy głód i skrajne wyczerpanie.

 

Kiedy w czerwcu 1808 r. Napoleon na hiszpańskim tronie osadził swego brata Józefa, Hiszpanie wypowiedzieli mu wojnę o niepodległość. Nowo mianowany władca czym prędzej uciekał ze swej nowej stolicy, lecz jego brat  tak łatwo się nie poddawał.

 

29 listopada  1808 r. w ponownym marszu na Madryt, zagrodziły drogę Napoleonowi góry Guadarramara. Jedynym przejściem, dla liczącej prawie 40 tys. żołnierzy, armii francuskiej był wąwóz Somosierra. Tutaj też Hiszpanie, wykorzystując naturalne „przeszkody”, postanowili bronić dostępu do swojej stolicy. Atak rozpoczął się następnego dnia wcześnie rano natarciem francuskiej piechoty. Pod osłonął mgły żołnierze zasypywali rów wykopany tuż przed stromym zboczem, gdy jednak mgła opadła, musieli się wycofać nie wytrzymując  ognia Hiszpanów. Napoleon, zniecierpliwiony przedłużającą się bitwą i beznadziejnym wysiłkiem piechoty, wydał rozkaz, by na baterie wroga szarżował szwadron lekkokonnych. Rozkaz wywołał wśród cesarskich sztabowców zdumienie, a jeden z generałów pozwolił sobie ponoć na uwagę, że trzeba być pijanym, aby rozkaz taki wydać, i pijanym, aby go wykonać. Zdziwienie wojskowej świty cesarza nie było  przesadzone, bo: Rzeczywiście zdawała się ona ze wszech miar nie do zdobycia, droga zwężona w tym wąwozie wiła się na pochyłości gór między skałami, obsadzonymi piechotą, a na czterech jej zgięciach stało po cztery działa, które ją ostrzeliwały we wszystkich kierunkach.

 

Tego dnia pełnił przy cesarzu służbę szwadron pod dowództwem Kozietulskiego, on też poprowadził do boju swoich szwoleżerów. Samo natarcie trwało około ośmiu minut. W tak krótkim czasie oddział Polaków zdobył wszystkie baterie wroga, pokonując dwuipółkilometrowe zbocze, a gdy szwoleżerowie pojawili się na jego szczycie zdezorientowani Hiszpanie porzucali swoje pozycje i zaczęli uciekać. Tak oto szarża 125- osobowej załogi  przegoniła kilkutysięczną armię przeciwnika. Dziś w dowód „uznania” wyczyn ów urósł do rangi zjawiska - „kozietulszczyzny”. Kryje się w nim właściwie wszystko: krytyka pronapoleońskiej polityki, kryje się lekkomyślność i ta ułańska fantazja,  kryje się zbędna, niepotrzebna ofiara. Jeden z uczestników bitwy pod Somosierrą tak po latach podsumował ten dzień i samą obecność Polaków u boku Napoleona: My tylko Polacy, tę jak cud niepojętą szarżę mogliśmy wykonać, my też tylko ją pojąć możemy których miłość ojczyzny nie tylko na Sierry ale i do nowego świata napędzała w nadziei, że walcząc przed Napoleonem uważając go za zesłańca, którego nieba nam dla przywrócenia ojczyzny dały, ojczyznę z jarzma wyswobodzimy.

 

Czymże zasłużyli sobie ci młodzi ludzie na określenie „kozietulszczyzna” i nawoływania, żeby broń Boże nikt nie ośmielił się stawiać ich za wzór do wychowania? A jednak, czy się to komuś podoba czy nie, szarża Polaków była arcytrudnym zadaniem i wymagała zarówno brawury, jak i „siarczystego” charakteru, przede wszystkim jednak wymagała odwagi i bohaterstwa. Trudno znaleźć coś szowinistycznego w postępowaniu przywołanych przez Załuskiego szwoleżerów. Znaleźć za to można normalnych młodych ludzi, kochających  życie, wiedzących jednak, co to odpowiedzialność,  poświęcenie się żołnierzy dla ojczyzny. Można znaleźć ludzi kochających po prostu swoją ojczyznę. Jeżeli patriotyzm jest szowinizmem, to rzeczywiście  dzisiaj takie wzorce nie są w cenie, jak i nie w cenie są osoby o nich przypominające. Nie w cenie, bo wbrew wszystkim „demokratycznym opozycjom PRL”, wbrew ich obecnym teoriom,  Załuski napisał patriotyczny szkic, o potencjale wychowawczym naszej historii, w czasach, gdy takie dzieła powstawać podobno nie mogły. Dzisiaj zaś, gdy „demokratyczna opozycja” stała się suwerenem, trudno dostrzec jakieś propozycje z jej strony. Dostrzec za to można efekty jej kłamliwej działalności. 

 

Powrót do strony głównej Archiwum

Powrót do strony głównej NPW